Stołówkowy wege-freak

Będąc wegetarianką/weganką jest się poniekąd zmuszoną do tego, by zgłębiać wiedzę nt. odżywiania. Pytania typu: skąd bierzesz białko/wapń/żelazo?, które dotychczas słyszałam co najmniej kilkadziesiąt razy, skutecznie motywują do weryfikowania informacji tak, żeby żaden przeciętny zjadacz wszystkiego nie był w stanie zagiąć mnie swoimi niezbyt wyszukanymi argumentami.

W ten sposób, chcąc nie chcąc, moja wiedza nt. zdrowej diety stała się nieco szersza niż wiedza większości społeczeństwa. A przekonałam się o tym, gdy zaczęłam jadać na stołówce z moimi nowymi kolegami i koleżankami z pracy – a (uwierzcie mi) jadałam to, co jest podstawą zdrowego odżywiania – warzywa.

Pierwsze zdziwienie odnotowałam, gdy zagryzałam natkę pietruszki do kanapki a większość spoglądała na mnie jak na freak’a. Gdy zamiast kanapek zaczęłam robić sobie sałatki ze świeżych warzyw, to dopiero był szok dla moich stołówkowych kompanów. Nieustające pytania co mam w sałatce lub gapienie się w mój talerz stały się już codziennością i teraz właściwie dziwnie się czuję, gdy nikt nie jest zaskoczony moim śniadaniem 😉

Pierwsze zainteresowania moimi posiłkami były dla mnie dosyć krępujące, bo nie za bardzo miałam ochotę tłumaczyć się obcym ludziom z tego co jem, tym bardziej, że nie uważałam, żeby było o czym mówić. Do tego często towarzyszyły pytania o niejedzenie ryb, czy nabiału, których to pytań nie znoszę. Zawsze jednak starałam się odpowiadać z uprzejmością i uśmiechem, bo w końcu zależy mi na tym, by zachęcić innych do weganizmu, a nie odstraszyć. Choć czasem mam wrażenie, że choćbym nie wiem jak się starała być „normalna”, przez niektórych i tak będę uważana za totalnego wege-świra – nie wiedzieć czemu.

Jednak wracając do sedna sprawy, zdziwiona jestem nie tym, że ludzie pytają co jem, tylko tym, że jedzenie  naszych rodzimych warzyw w takiej ilości jest dla nich czymś obcym. Wydawało mi się, że powszechnie wiadomo, że warzywa należy jeść, najlepiej surowe. Tymczasem, ja sama w mojej sałatce zwykle mam więcej warzyw niż wszyscy stołówkowicze razem wzięci. Większość idzie na łatwiznę i robi sobie kanapki z serem/szynką i co najwyżej liściem sałaty i pomidorem. Mało kto wykracza poza nudne kanapkowe ramy. Ewentualnie czasem ktoś zabłyśnie ubogą owsianką 😉 Straszna rutyna w tych ich śniadaniach! Spodziewam się, że i obiady mają bardzo smutne i jałowe. Niektórzy z takim zaciekawieniem pytali się co mam tym razem na śniadanie, że miałam nadzieję, ze ich zainspiruję, jednak po kilku miesiącach nadal bez zmian, kanapki królują, a ja wciąż zadziwiam moim zwyczajnym (przynajmniej dla mnie) śniadaniem. Choć przyznam, że ostatnio zaskoczyłam nawet sama siebie i to bardzo pozytywnie! Zrobiłam „gołąbki” na surowo, które okazały się idealnym drugim śniadaniem. Dodam jeszcze, że od kilku miesięcy rzadko kiedy używam pieczywa, co też przyczyniło się do zwiększenia mojej kuchennej kreatywności. Mogę zatem stwierdzić, że chleb, oprócz tego, że zapycha żołądek, zabija pomysłowość i zniewala kubki smakowe, Dopiero po odstawieniu pieczywa można się otworzyć na nowe smaki. Śmierć kanapkom!

-eMCe-

3 odpowiedzi do “Stołówkowy wege-freak”

    1. Dzięki za miłe słowa 🙂
      Nasze przepisy mamy tutaj: http://www.zielone-drzwi.pl/przepisy.html, ale gołąbków jeszcze nie umieściłam. Ogólnie to bardzo prosta sprawa: smarujesz liść kapusty ulubioną pastą np. z suszonych pomidorów, kładziesz pokrojone warzywa: marchewka, awokado, rzodkiewka, natka pietruszki, do tego możesz dorzucić wcześniej zamarynowane tofu i wszystko zawijasz w rulon. Gotowe do chrupania. Zamiast liści kapusty możesz użyć papieru ryżowego. Pycha!
      eMCe

Odpowiedz na „MariolaAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *